Dlaczego tydzień w Biszkeku to zdecydowanie za krótko?

Rodzice na wieść o tym, że jadę do Kirgistanu osłupieli. Tata zrobił wielkie oczy, złapał się za głowę i zadał zasadnicze pytanie „Po co ty tam jedziesz?”. Tylko znajomi z geografii wiedzieli gdzie leży Kirgistan, reszta zapytała gdzie to jest, czy jest tam cywilizacja czy raczej tylko pustynia. Oburzyłam się na rodzicielskie kręcenie nosem, oboje byli przeciwni, tylko jeden argument do nich docierał „Wy też tam byliście, więc jadę Waszymi śladami.”. W końcu ich przekonałam!


Dawniej w Kirgistanie

Rodzice pojechali do „Stanów” w latach 80. Kiedy wszyscy stali w kolejce za paszportem na zachód moi rodzice stali w kolejce za paszportem na wschód. Przed nimi otworzyły się drzwi nowych możliwości – tam nikt nie chciał jeździć więc paszport wyrobili w mig. Trzytygodniowa zorganizowana wycieczka z biura podróży dla nauczycieli była jedyną możliwością na odrobinę wolności i podróży w tamtych czasach. Niewielu miało taką okazję, ale niewielu też chciało tam pojechać. Pomimo upływu lat, rozpadu Związku Radzieckiego i postępu cywilizacyjnego nic się nie zmieniło, tylko bardziej zmarniało. Pokazując zdjęcia z wyjazdu (byłam w Kirgistanie w 2014 roku) rodzicom przypomniały się dawne czasy.

Jak wyglądało to kiedyś, a jak wygląda teraz? Każda z republik jest inna, nie są podobne przyrodniczo, kulturowo i politycznie. Zwłaszcza politycznie. Co takiego w sobie mają, że przyciągają turystów i podróżników z całego świata?

Azja Centrala – miejsce, które może zaskoczyć nawet najbardziej zapalonych i doświadczonych podróżników. Jest perełką Azji, niedocenianą i pominiętą. Wraz z rozpadem ZSRR o republikach się zapomniało. Zapomniało się o historii, o wielkiej i pięknej kulturze, o tradycjach. Zastąpiły je radzieckie zwyczaje, które mocno zakorzeniły się w narodach, władzę objęli silni władcy i przywódcy nieustępujący ze swoich stanowisk, dlatego tak ciężko obecnym republikom podnieść się i iść równo ku demokracji jak reszta świata. Żyją swoim życiem, rozwijają się w ramach własnych możliwości, próbują się unowocześnić . W rankingach międzynarodowych stoją bardzo wysoko, ale tylko pod względem wolności słowa i demokracji, a w zasadzie braku tych dwóch elementów. Uzbekistan zajmuje niechlubne czwarte miejsce na świecie, Turkmenistan szóste. Zieloną wysepką jest częściowo wolny Kirgistan, gdzie obywatele już dwukrotnie obalili swojego prezydenta, co zrobią ponownie jeśli rządy będą przypominały te z krajów graniczących z Kirgistanem.

źródło: https://freedomhouse.org/report/freedom-world/freedom-world-2017

Podróż do Biszkeku i nieznajomość rosyjskiego czyli pierwsze wrażenie jest najważniejsze!

Lądując na lotnisku Manas nic nie wskazywało na to, że jesteśmy już w Azji. Było zwyczajnie albo po prostu byłam tak zmęczona, że nawet nie zauważyłam różnicy chociaż powinnam. Drżałam, była 5 rano, w powietrzu unosiła się ciężka wilgoć, padało. Z lotniska miała nas odebrać jedna z osób z wolontariatu, marzyłam tylko o prysznicu i kawałku łóżka, żeby głowę móc położyć na poduszce. Kontrola celna była dość stresująca, a celnicy wcale nie wyglądali na miłych. Na koniec został tylko bagaż do prześwietlenia i mogliśmy się udać do raju taniego jedzenia i cudownych górskich widoków. Ściągnęłam walizkę z taśmy, odwróciłam się żeby jak najszybciej wyjść z z tłoku.
– Halo! девушка! Это ваше?
Stanęłam jak wmurowana. Nawet podskoczyłam. Ktoś mnie wołał w obcym języku, obcym i nieznanym kraju, gdzie wszystko brzmiało jak rozkaz. Odwróciłam się do celniczki, która z dość surowym wyrazem twarzy podawała mi kurtkę. Uf … nie chodziło o bagaż, ale o zgubioną kurtkę, która spadła z torebki gdzie niby mocno ją przywiązałam. Wtedy każde rosyjskie słowo brzmiało jak zagadka, co rusz bawiłam się w odgadywanie co rozmówca ma mi do przekazania. Miałam wrażenie, że ludzie rozmawiając ze mną mają ton pretensjonalny i naśmiewają się z mojej „nierozumności”. Po sześciu tygodniach spędzonych w Kirgistanie potrafiłam lepiej rozumieć, nawet zrobić małe zakupy w sklepie.

Przy wyjściu z lotniska z małą karteczką czekała na nas dziewczyna z wolontariatu, okrutnie zaspana i średnio rozmowna. Zabrała nas do taksówki, gdzie zamieniliśmy trzy zdania o tym jak minęła nam podróż. That’s all. Zero wylewności, bardziej znudzenie kolejnymi wolontariuszami przybyłymi do Kirgistanu aby przeżyć przygodę swojego życia. Zawiozła nas do akademika AUCA (American University of Central Asia) gdzie mieliśmy spędzić tydzień na przystosowanie się (oni sami tak to nazywali) i oswojenie z kulturą Kirgistanu. American brzmi dumnie, dodatkowo sprawia wrażenie, że coś jest na poziomie. Przeczuwałam, że nasz wolontariat będzie całkiem przyjemny, w końcu mamy być w stolicy, mieszkać w „amerykańskim” akademiku i uczyć w „amerykańskiej” szkole. Sześć tygodni super wakacji pod amerykańską flagą z ludźmi z całego świata.

Taksówka w końcu się zatrzymała. Na zdjęciach w internecie „amerykański” akademik może i wygląda jak American Dream w centrum Azji Środkowej, ale nie wyglądał tak w rzeczywistości. Postawiony na końcu miasta pośrodku niczego, niedaleko zdezelowanego wesołego miasteczka, które dobrze pamięta czasy Związku, ale nie pamięta ostatniego przeglądu kolejek. Budynek nowy, jeszcze nie skończony, a już wymagający gruntownego remontu. W internecie znajduję zdjęcia tylko górnej fasady, zero otoczenia, żadnego widoku ulicy lub widoku z okien akademika na miasto. Byłam zbyt zmęczona, żeby to wszystko zauważyć za pierwszym razem dopiero po kilku dniach wyszłam z amoku. Ważniejszy był prysznic i czyste ubrania.

Łazienka była jak z koszmaru pedantycznego studenta. Wszędzie walały się kłaki, zużyte maszynki do golenia, ślady od pasty i kawałki silikonu, który odpadał z wszystkich możliwych miejsc, gdzie ktoś próbował go użyć. Uodporniona po licznych ciekawych wyjazdach weszłam w klapkach pod prysznic, żeby choć na chwilę poczuć luksus i docenić posiadanie prysznica i ciepłej wody. Okazało się, że w tym samym czasie zalewałam łazienkę i pół pokoju. Szmaty do wycierania w zasięgu wzroku nie zauważyłam, był tylko stary zdezelowany dywanik, który przeżył niejednego studenta…„Podnieść czy nie podnieść?…Nie podnieść.”. Szybko oceniłam stan dywanika, wykręcanie z niego wody było totalnym bezsensem… Klapkiem zgarnęłam wodę do kratki ściekowej, resztę pozostawiłam do wyschnięcia – było zbyt gorąco, żebym dbała o takie szczegóły. Łóżko. Wdrapałam się na górne legowisko, położyłam i film mi się urwał. Dawno nie byłam tak zmęczona. Nie przeszkadzało mi nic, ani warunki, ani niewygoda, ani gorąc.

Po przespaniu niebotycznej liczby godzin wstałam i otworzyłam okno. Na pierwszym planie: zdezelowane domy, budynki, fasady z blachy falistej i wszystkiego co ludzie mieli pod ręką. Byliśmy daleko od centrum, budynki wyglądały jak z papieru i kartonu. Lekkie, chwiejne i nietrwałe. Jednak wszystko trzymało się „kupy”. Architekci i budowlańcy tego przybytku mieli fantazję, a nawet pojęcie o budowlance. Przytaknęłam głową na swoją własną interpretację zaczynając proces „przystosowywania się”. To co zobaczyłam już się nieodzobaczy – taki styl to miejscowy folklor można by rzec. W chaosie jaki panował dookoła było coś, co mi odpowiadało, a nawet przyciągało. Wszystko było ciekawe i naprawdę niesamowite.

Bądź ostrożny, to nie EUROPA!

Wyszliśmy małą grupką na miasto żeby kupić coś do zjedzenia, zobaczyć miejscowy targ, poznać trochę okolicę. Wybierając pieniądze z bankomatu popełniłam pierwszy błąd, który mógłby kosztować więcej niż kilka somów, które wybrałam. Wyklikałam sumę jaką chcę wybrać, zabrałam pieniądze i odeszłam od bankomatu. Istotny błąd, którego nawet nie zauważyłam to pozostawienie karty w bankomacie. Każdy polski bankomat zanim wyda pieniądze prosi o zabranie karty. Nie zabierzesz karty – nie wyjdą pieniądze.

W Kirgistanie karta oddawana jest na końcu… Najpierw kasa, potem karta. Odeszłam, a właściwie odmaszerowałam kiedy nagle przybiegł za mną nowo poznany kolega wybierający pieniądze tuż za mną. Zauważył kartę i zwrócił. Na myśl, że mogłabym stracić pieniądze, które miałam na koncie albo zgubić kartę, moje jedyne połączenie z finansami, które posiadam uderzył bólem głowy. Szlag. A to dopiero pierwszy dzień.

Biszkek

Biszkek – najbardziej rozległe miasto w Kirgistanie, czego nie można powiedzieć o turystyce, bo rozległa to ona tutaj nie jest. Nie jest to miasto turystyczne w żadnym aspekcie. Do kraju przyjeżdża się przede wszystkim na trekking po pięknych górskich terenach (góry w Kirgistanie zajmują aż 93% powierzchni, 7 procent to Kirgizi jak mówią prześmiewcze powiedzenia). Sam Biszkek nadaje się na krótkie międzylądowanie. Turystyka kraju jest sezonowa, a ja nie słyszałam o szaleńcach wybierających się na zimowe zwiedzanie tego zakątku świata, kiedy mróz osiąga niebotyczne minus czterdzieści stopni. Wiosną i latem sytuacja zmienia się diametralnie. Do Kirgistanu z roku na rok przybywają coraz większe ilości miłośników górskiego trekkingu.

Zielona wysepka na morzu dyktatury

Kirgistan to istny cud w Azji Centralnej. Jedyne państwo w którym w miarę normalnie zaczyna funkcjonować demokracja. Dziewczyny ubierają się w jeansy, pojawiają się zachodnie marki odzieżowe, w centrum Biszkeku postawiono wielką galerię handlową z metalu i szkła. Dodatkowo, to jedyny kraj (do stycznia 2017) do którego nie potrzebujemy wizy! Od roku 2017 zniesiono również wizy do Kazachstanu, do pozostałych trzech republik (Tadżykistanu, Turkmenistanu i Uzbekistanu) są one nadal potrzebne i nie zawsze łatwe do załatwienia.

Kirgiska wersja fast foodów

Na wieść o tym, że spędzę prawie sześć tygodni w Kirgistanie znajomi powiedzieli, że oszalałam. Wiedziałam, że dam radę, ale po takich wakacjach stwierdziłam, że nie dla wszystkich sześć tygodni spędzonych tutaj to dobry pomysł. To miasto jest dla ludzi poszukujących czegoś innego, chcących zobaczyć unikalną kulturę i ludzi. Z jednej strony nigdy nie poleciłabym tego miejsca moim znajomym jako cel podróży i wypoczynku, a z drugiej umieściłabym Kirgistan na liście najbardziej egzotycznych i fantastycznych miejsc, które w życiu widziałam. Sam Biszkek jest olbrzymi, ma mnóstwo zakamarków i jest okrutnie skomplikowany do pojęcia pod względem funkcjonowania. Istna zagadka dla zaczynającego przygodę z „Frunze”.

Kirgizi nie mają Mc’Donaldsa, za to mają KFC – Kyrgyz Fried Chicken, a Burger King to Burger Kiйg. Amerykańskie marki nie mają tutaj wstępu, a wszystko zaczęło się od wywalenia Amerykanów i przeniesienia ich wojskowej bazy tranzytowej na Afganistan z Manas pod Biszkiekiem do Rumunii. Nie ma franczyzy jedzeniowej więc wojskowej też nie będzie.

Wielki kontrast

Obecne i przeszłe związki z Rosją, kultura i strategia regionu jest dość jasna. Sowiecki styl kiosków wciąż istnieje i kontrastuje z nomadycznymi restauracjami, knajpkami prowadzonymi przez całe klany rodzin, sklepikami z artykułami wszelakimi i kontenerami morskimi do przewożenia artykułów, które w Kirgistanie służą za miejsca handlu. Spacerowanie po Biszkeku polega przede wszystkim na podziwianiu szarych i rozpadających się budynków z czasów byłego ZSRR, kupowaniu rodzimych owoców i warzyw z przydomowych ogródków, kupowania mięsa na tyłach otwartego samochodu, łapania w biegu domowej roboty pierożoka smażonego na głębokim oleju i jedzeniu domowej sałatki z marchewki od Babuszek ubranych w najbardziej kwieciste kiecki świata. Proste życie, a tyle radości! Co najciekawsze w Biszkeku jest mnóstwo zachodnich supermarketów i mallów, ale największą radość sprawia poruszanie się pośród rosyjskich, kirgiskich, uzbeckich, tureckich, dungańskich i ujgurskich sklepików i sprzedawców. Więc jeśli już wybierasz się w te strony – zrób to dobrze!

Marszrutki

Co by nie mówić o Biszkeku dla mnie jest on bardzo rozległy. Na szczęście podróżowanie po nim nie jest aż tak trudne. Wszędzie jeżdżą marszrutki, trolejbusy i bajecznie tanie taksówki. Na szczęście Kirgizi wymyślili aplikację Bus.kg na marszrutki! Jest to niesamowite ułatwienie dla wszystkich podróżujących po mieście. Kirgistan jest bardziej nomadyczny i koczowniczy, ale Biszkek to już prawie zachód!

W Biszkeku nadal utrzymuje się wszystko co sowieckie. Megalityczne posągi Lenina, bary rosyjskie, nawet putinowski i stare zabytki z czasów socjalizmu – Biszkek to muzeum byłego ZSRR.

Co robić w Biszkeku?

Sposobów na spędzenie tutaj czasu jest mnóstwo. Można wybrać się na liczne bazary z przepysznymi owocami, bakaliami, pachnącymi przyprawami jak np. wielki bazar Oszski czy olbrzymi, zapchany kontenerami bazar Dordoy. Można też spacerować ulicami, przechadzać się po parkach, próbować niesamowicie aromatycznej kirgiskiej kuchni i narodowych trunków.
W Biszkeku nie brakuje zabytków z poprzedniej epoki, parków z posągami i rzeźbami oraz ludzi chętnych do rozmów. Zatrzymaj się na skweru, porozmawiaj dzięki czemu poznasz ludzi, ale i podszkolisz swój rosyjski.