Kirgistan: Trekking z doliny Altyn Arashan

Po całym dniu spędzonym w Jeti Oguz (o Jeti Oguz możesz przeczytać tutaj) wróciliśmy do naszego mieszkania w Karakolu gdzie wieczorem podjęliśmy decyzję, że następnego dnia wybieramy się wysoko w góry. Jeden telefon do biura, które organizowało transport do doliny Altyn Arashan położonej na wysokości ok 2800 m n.p.m. W dolinie są liczne gorące źródła za które uwaga – trzeba zapłacić! Nic nie jest za darmo, chcesz się wieczorem wykąpać musisz zapłacić 100 somów. Darmowa kąpiel jest tylko w rzece, która jest potwornie zimna i rwąca. Wyprawę polecam wszystkim, którzy lubią ekstremalne warunki. Widoki i trekking w tej okolicy to wyjątkowe przeżycie. Nigdzie indziej nie zaznacie takiego spokoju i ciszy jak właśnie tam. To najbardziej popularna forma aktywności w tym regionie Azji, turyści z całego świata zjeżdżają się właśnie tutaj aby na chwilę odpocząć od wielkich miast, w których mieszkają i pracują. Trekking można zorganizować w 1,2,3 i 4 dniowych pakietach, jakie oferują biura z Karakolu. Bazą wypadową jest Karakol i Altyn Arashan. Trasy są otwarte od czerwca do września. Tylko w tym okresie można wybrać się na trekking.
Będąc w Karakolu rano pozostawiliśmy nasze mieszkanie, oddaliśmy klucze i poszliśmy do biura organizującego wyjazd do przepięknej doliny. Tam zastaliśmy kierowcę „landryny”, który przez ok 2 godziny jechał z nami górską drogą przypominającą tę, która prowadzi do Doliny Roztoki. Byłam w szoku, że kierowca daje radę tam wyjechać. Droga–masakryczna. Kamienie, głazy wielkości małego Fiata, błoto, rzeczki, a my–wciąż jedziemy. Mały postój po drodze na zrobienie kilku fotek i odpoczynek dla auta były konieczne (o nas nie wspomnę, siniaki na tyłku z jazdy szaloną landryną na długo zapamiętam). Biuro podróży Visit Karakol, które organizuje takie wyprawy znajduje się na ul. Gagarina 28/26.
Ok godziny 13 byliśmy w małym górskim domku gdzie właściciel wraz z wnuczką (sami nie wiemy kim była dziewczyna) podali obiad, a później rozdzielili pokoje. No to może w góry?
Ubrani – niektórzy lepiej, niektórzy gorzej, wyszliśmy w stronę malutkich jeziorek. Jeziorka miały być 300 m powyżej naszego schroniska. Droga długa, ciężka, brak jakiegokolwiek oznakowania – chcieliśmy dzicz, to ją mamy. Ścieżki niby wydeptane ale przez kogo? Ludzi, zwierzęta, konie? Ani jeziorek ani żywej duszy. Bezradnie stanęliśmy na szczycie jednej z górek i z rozpaczy wszyscy usiedli na trawie. No gdzie one są? Coraz później, a my nawet nie doszliśmy do pierwszego jeziorka. Idziemy dalej, coraz więcej koni i krów, a ścieżki mniej widoczne i gubimy je często. Zawracamy, zaczyna padać. Pomimo tego, że mapę „czytamy” doskonale na nic się ona zdała . Trochę smutni, trochę zmęczeni, bardzo głodni wracamy do schroniska gdzie czekają na nas nasi znajomi z Polski. Spotkać na końcu świata ludzi z kraju, gdzie przez 1,5 miesiąca nie spotkałeś ani jednego – bardzo miłe zaskoczenie.

U mnie pierwszy dzień w górach zakończył się przemoczonymi ubraniami, a następny wielką przygodą ale także ostrzeżeniem – z górami się nie zadziera, trzeba wielkiej pokory i wiedzy, nie raz podjęcia ciężkiej decyzji, a bezpieczeństwo osób idących z nami jest zawsze pod wielkim znakiem zapytania.
W trakcie planowania trekkingu w niższych partiach gór Kirgistanu należy pamiętać o czterech rzeczach :
  • mapie (jest dostępna bardzo dobra mapa topograficzna, do kupienia w biurze informacji turystycznej w Karakolu), na trasach nie ma oznakowań, umiejętność czytania mapy jest naprawdę ważna i istotna. Orientacja w terenie i umiejętność rozpoznawania obiektów w terenie jest tutaj niezwykle istotna. Nie wybieraj się w trasy dłuższe niż 2-3 godziny jeśli jesteś początkującym wędrowcem .
  • butach górskich – odradzam iść w byle jakim obuwiu. Na taką wyprawę trzeba być już przygotowanym, nawet jeśli jest to lekki trekking. Te góry to nie Beskidy czy Tatry gdzie można wezwać w razie wypadku GOPR lub TOPR. Tutaj jest naprawdę niebezpiecznie, szlaki nie są przygotowane dla turystów. W tych górach musisz radzić sobie sam.
  • jedzeniu – na szlaku nie ma schronisk, często nie ma możliwości nabrania wody z rzeki ponieważ jest do niej strome zejście. To bardzo ważne. W Kirgistanie zauważyłam, że męczyłam się na szlaku o wiele szybciej niż w Polsce. Zapotrzebowanie kaloryczne było o wiele wyższe, niż podczas normalnej wędrówki.
  • ciepłych ubraniach górskich – pogoda zmienia się w ciągu 5 minut! Ze względu na duże wysokości pamiętajmy, że im wyżej tym jest coraz chłodniej i bardzo często, nawet latem pada śnieg. Pogoda potrafi zmienić się diametralnie w ciągu kilku minut. Możecie mi wierzyć – żadna przyjemność. Podczas pobytu w dolinie Altyn Arashan spotkała nas burza. Nigdy wcześniej tak bardzo się nie bałam jak wtedy.
  • w schronisku w dolinie należy mieć swój śpiwór. Noce tutaj nawet latem są bardzo chłodne. Za ciepłe źródełka trzeba zapłacić, cena zaczyna się od 100 somów.
Mieszkanie w Dolinie Altan Arashan znacząco ułatwia dostanie się w wyższe partie gór Tien Shan. Poza schroniskiem, w którym mieszkałam jest jeszcze kilka innych domków i jurt, w których można nocować.
Drugiego dnia pobytu w dolinie miałam okazję wybrać się w kierunku jeziora Ala Kul znajdującego się na wysokości ok 3560 m n.p.m . Droga długa i ciężka, mieszkaliśmy na wysokości 2800 m n.p.m, dotarcie do jeziora wiązało się z osiągnięciem wysokości 3800 m n.p.m , a później zejściem na ok 3600 m n.p.m aby je zobaczyć. Trasa jest przepiękna więc warto się tam wybrać.
Wybierając się na jednodniowy trekking z Karakolu aż do jeziora Ala Kul należy pojechać 50 km samochodem terenowym, pokonując przewyższenie ok. 800 m (2-3 godziny jazdy) oraz przejść 11 km (przewyższenie +/- 1000 metrów), co zajmuje ok 6-8  godzin.
Opcja jednodniowa jest dla osób z dobrym zdrowiem i kondycją fizyczną. Droga jest długa i dość ciężka. Okulary słoneczne i krem z filtrem są warunkiem koniecznym.
Kolejnego dnia wyruszyliśmy o 8 rano z doskonałym humorem, dobrą kondycją i zapasem jedzenia. Przed nami wyruszyła para Rosjan, matka z synem oceniając nasze szanse na zdobycie jeziora jako dość marne. Od samego początku kobieta z nas drwiła.
Powoli szliśmy wzdłuż głównego potoku zanim na dobre rozpoczęła się wspinaczka. Podejście okazało się dość trudne, a to był dopiero początek. Po pierwszych trzech kilometrach zrobiliśmy przerwę, zadyszka nie pozwalała mi myśleć.
Po krótkiej przerwie wyszliśmy poza górną granicę lasu i wkroczyliśmy na rozległe łąki. Zobaczyliśmy otaczające szczyty i całą dolinę poniżej nas pokrytą gęsty lasem świerkowym. „Jak w Tatrach …” – pomyślałam. Krajobraz bardzo podobny tylko jakiś taki nowy. Nieznany i groźny zarazem. Słońce raz po raz wychodziło i chowało się pomiędzy chmurami. Trochę zaczęliśmy błądzić, ścieżka to skręcała w zarośla, to gubiła się w środku łąki i ciężko było ją odnaleźć. Na horyzoncie wyznaczyliśmy sobie cel i obserwowaliśmy wracających już ludzi. My dalej kroczyliśmy w kierunku jeziora. Trasa jest dość wymagająca, dobre przygotowanie się to podstawa.
Po kilku godzinach morderczego marszu włączyłam telefon – brak zasięgu ale udało się sprawdzić wysokość na jakiej byliśmy – 3500 m n.p.m. Pomyślałam „Nie jest źle.” choć intuicja kompletnie temu zaprzeczała. Za plecami usłyszałam tylko „Nie dam już rady!” -odwróciłam się i zauważyłam, że nasz kolega Manu siedzi na środku ścieżki i raczej nie ma już ochoty pójść dalej. Po szybkich negocjacjach ustaliliśmy, że nasza czwórka idzie w górę, a Manu zawróci do doliny. Było na tyle blisko do schroniska, że mógł trasę pokonać sam.
Traciliśmy coraz więcej energii i chęci na zdobycie celu. Przy każdym następnym wzniesieniu staraliśmy się wierzyć, że za chwilę zobaczymy jezioro. W pewnym momencie przystanęłam i nie mogłam ruszyć. Nogi odmawiały posłuszeństwa, ciało drżało z przemęczenia, każdy ruch sprawiał olbrzymi ból i wysiłek. Dopiero wtedy zorientowałam się, że doszliśmy do końca doliny, a jeziora dalej nie widać. Zgubiliśmy się? Wyciągam telefon, sprawdzam wysokość – 3700 m n.p.m . Czyli jeszcze 100 m do osiągnięcia celu ale … gdzie iść? Koniec ścieżki , przed nami stroma ściana pokryta drobnym żwirem i gruzem, na niej – dwa punkciki w czerwonych kurtkach. To byli wcześniej poznani Rosjanie, dzielnie walczący ze ścianą, za którą jest nasze jezioro. O tak! Ono właśnie tam jest! Nagłe olśnienie przyprawiło mnie o ból mięśni. Nie miałam już siły na tak morderczą wspinaczkę. Usiadłam na kamieniu i postanowiłam, że dalej nie idę . Szliśmy już 6 godzin, pokonaliśmy zaledwie 9 km, nie miałam już siły na kolejne starcie z potężną ścianą. Bacznie obserwowałam Rosjan zmagających się z górą. Powoli posuwali się ku górze, raz na jakiś czas zsuwali się o kilka metrów w dół. Wtedy ogarniało mnie przerażenie, bałam się, że spadną. Po kilku minutach zimny wiatr zaczął chłostać nasze twarze. Poczułam ulgę i przyjemny chłód.
Wyciągnęłam ostatni kirgiski cukierek dzieląc się na pół z koleżanką Brendą. Pierwszy raz zabrakło mi w górach jedzenia. Nauczka na całe życie. Nagle, jak w zwolnionym tempie spadła na moją dłoń zimna kropla deszczu. Była lodowata. Wyciągnęłam przed siebie ręce i patrzę co na nie spadnie. Oczom nie wierzę – mały płatek śniegu. Szarpnęłam Brendę za rękaw żeby się ruszyła. Ona w równie w wielkim szoku co ja, bo po raz pierwszy w życiu widziała śnieg, stoi i nie wie co ma zrobić. „Ruszaj! Na co czekasz?! Wracamy, nie możemy tu dłużej zostać !”Pędząc w dół ślizgamy się po mokrym podłożu raz po raz gubiąc ścieżkę.
Nie mogłam uwierzyć we własną głupotę. Tyle ostrzeżeń, ja nie zwróciłam na nie uwagi. Biegłam i błagam, żeby nic się nie stało. Myślałam, że śnieg z deszczem i lekkie przemarznięcie to moje jedyne zmartwienie póki nie uderzył pierwszy piorun. Stanęłam jak wryta. Na skalistym pustkowiu nawet nie było mowy o schronieniu. Żadnej jamy w skale, kompletnie nic. Jeszcze szybciej zaczęliśmy zbiegać w dół, odmówiłam z 200 zdrowasiek (jak trwoga to do Boga) i to po kolei za każdego z nas. Wyjąc w myślach z rozpaczy jaka jestem głupia zsuwałam się po błocie w dół doliny. Każdy następny piorun wzbudzał kolejną serię histerii.
Po ponad dwugodzinnym biegu weszliśmy do lasu i dopiero tam na chwilę przystanęliśmy. Burza już się skończyła ale zaczął padać okropnie zimny deszcz. Przemoczył nasze kurtki i buty. Kolejne dwie godziny spędziliśmy w lesie, schodząc powoli w dół. Marzyliśmy tylko o jedzeniu i łóżku, żeby choć na chwilę się położyć i odpocząć. Po dziesięciogodzinnej wycieczce wróciliśmy cali i zdrowi. Cudem udało nam się uciec przed burzą. Dla jednych z nas była to wielka przygoda, dla drugich nauczka, jaką pamięta się długo. Na pewno na zawsze zapamiętam panikę jaka mnie ogarnęła, kiedy uderzył pierwszy piorun.
W schronisku poczuliśmy się bezpiecznie, a żadne z nas nie miało ochoty opowiadać o tym co nam się przytrafiło. Tego samego dnia spakowaliśmy się i ruszyliśmy w dół do Karakolu. Znaleźliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Tamchy – naszej wioski, za którą zdążyliśmy zatęsknić, choć przez większość pobytu nie była naszym ulubionym miejscem.
Wyprawa w góry była przygodą. Jeziora nie zobaczyłam ale przyrzekłam sobie, że kiedyś tam wrócę. Na pewno tam wrócę…