Song Kul – wyprawa do raju – relacja z podróży

Song Kul to najbardziej wyczekiwany etap naszej podróży. W końcu nie często ma się okazję podróżować konno nad jezioro położone wysoko w górach, otoczone wierzchołkami pasma górskiego Tien Shan, a konkretnie łańcuchem Song Kul Range. Większość napotkanych przez nas Kirgizów dopiero teraz zaczyna doceniać lokację i piękno tego regionu, bo przed kilku laty hitem wyjazdowym i wypoczynkowym było tylko Jezioro Issyk Kul.


Song Kul położone jest na wysokości 3016 m n.p.m., otoczone wierzchołkami pasma Song Kul, oraz przepięknymi, zielonymi łąkami nazywanymi jailoo, które służą jako pastwiska dla tutejszych koni, owiec, krów i kóz. Wśród licznych pagórków poukrywały się małe skupiska jurt gdzie każdy wędrowiec może wykupić nocleg. Cena z wyżywieniem (aktualna na rok 2018) to 1000 somów od osoby.

Będąc już 4 lata temu próbowałam spełnić swoje marzenie o jeździe konno w tym kraju, niestety nie udało się. Dopiero w tym roku, kiedy wiedziałam, że uda mi się wrócić, zaplanowałam podróż nad jezioro jako najważniejszy etap naszej podróży.

Jako że nie jestem pasjonatem koni, ani nie posiadam umiejętności jeździeckich, naszą podróż organizowaliśmy za pośrednictwem biura Kyrgyz Travel Nature.

Wraz z mamą Azkata z Kyrgyz Travel Nature w Happy Hostel

Z Kochkoru do Kyzart…

Horse trekking rozpoczyna się z wioski Kyzart położonej dokładnie godzinę jazdy samochodem  z Kochkoru (jest to około 100 km). Do Kyzartu zawiózł nas przemiły Pan, a towarzyszyło nam dwóch Niemców, którzy w trakcie drogi postanowili zrezygnować z podróży konnej ze względu na bardzo złą pogodę. Lało jak z cebra, nie chciało przestać, a całe niebo zaciągnęło się czarnymi chmurami. Patrzyłam z przerażeniem na Krzyśka, on zerkał na mnie i był ochoczo nastawiony na podróż w tragicznie złych warunkach. Jego entuzjazm i odwaga mi imponowały, bo ja z przerażeniem myślałam o przemokniętych butach i ciuchach śmierdzących mokrym koniem.

Do wioski dojechaliśmy około godziny 10. Niemcy udali się na poszukiwania noclegu, a my zostaliśmy zaproszeni do domu naszego przewodnika Talanta na gorący posiłek. W tym czasie nawiązaliśmy sympatyczną rozmowę z dziećmi, wysłuchaliśmy wierszyków w języku kirgiskim, zjedliśmy sałatkę, ciepłą zupę, chleb z konfiturami, zrobiliśmy setkę zdjęć i psychicznie nastawiliśmy na jazdę końmi w strugach deszczu. Obiad popiliśmy hektolitrami czaju, który miał nas przygotować na dłuuugą drogę do wioski jurt położonej w jednej z dolin na trasie do Song Kul.

– A u Was jest toaleta?

– Da, u nas haroszyj toaliet.

Poszłam do haroszego kibelka, czyli nowego wychodka zlokalizowanego za domem gospodarza Talanta. W tym samym czasie najmłodszy syn, dwuletni bobas chodził dookoła domu i śpiewał głośno piosenki.

– Piesni pajut.

Talant uwijał się przy koniach, kiedy deszcz powoli przestawał padać. Tak jak mówił – patom budzieć żarka. I żarka była. Na koniec żegnamy się z rodziną, wysyłamy ostatniego smsa do polski „Kochani rodzice, bierzemy konie i jedziemy w góry. Jeśli nie będzie zasięgu, to odezwiemy się za 4 dni. Całuję :*”

Pierwsze kilka kilometrów niemiłosiernie wiało, wiatr przeganiał tumany chmur, żeby odkryć przed nami piękno Kirgiskich gór i rozkochać w krajobrazach na dobre. Kurczowe trzymanie się konia i sztywna jazda nie pozwala zrobić zbyt wielu fotek. Wyciągam z przerażeniem telefon i próbuję cyknać cokolwiek, ale już po kilku nieudanych próbach odpuszczam. O wyciągnięciu aparatu foto nawet nie było mowy.

Nie żałuję, że zdjęcia są marne i słabej jakości. Mam w głowie milion wspomnień, tysiące zachwytów, a także łez w oczach, które wycisnęły ze mnie widoki jailoo i gór. Każdy wijący się strumyk, każda biała jurta na tle pastwisk oraz wszechobecna zieleń doprowadzały nas do radości i poczucia, że jesteśmy właśnie teraz szczęśliwi. 

Jadąc szybko w stronę pierwszego noclegu mam okazję poznać styl jazdy mojego kunia. Kuń, mój przyjaciel na następne cztery dni panicznie bał się wody, kamieni, błotka, chadzał swoimi ścieżkami, zatrzymywał się nad każdą rzeczką, żeby zaczerpnąć wody (przyprawiając mnie o panikę i zawroty głowy, kilka razy prawie mnie zrzucił) i co najgorsze w tym wszystkim… potykał się o swoje własne kopytka. Kuń, jak to kuń, słuchał się tylko swojego Pana i miał głęboko gdzieś moje prośby, błagania, głaskania i inne formy perswazji jakie chciałam na nim wywrzeć. Mnie słuchać nie chciał.

– Dżaaach dżaaaaaaaa!!!!!

Konie zrywają się do galopu, pędzą jak oszalałe, a Talant w najlepsze odwraca się i pokazuje kciuk do góry.

– Klaraaa! Ty kak Kirgizka!!!!!

Pierwszy nocleg w jurtach w jednej z najbardziej słonecznych dolin. 

Klara, ty kak Kirgizka!

Serce moje prawie się zatrzymało. Sobie ufam, ale zwierzęciu? A jak mnie zrzuci? Zatrzymaliśmy się dopiero przy jurcie. Tyłek bolał niemiłosiernie, a Talant mnie poklepywał po plecach i powtarzał „Ty kak Kirgizka”.  Na trzęsących się ze strachu nogach zeszłam z siodła, poszłam się przywitać do gospodarzy jurty i z ciężkim westchnieniem usiadłam w środku aby się ogrzać.

– Co my zrobiliśmy? Czy to na pewno dobry pomysł? Cztery dni, przecież my nie damy rady…

My nie damy rady? Co ja wygaduję, my? Przelecieliśmy 3,5 tysiąca kilometrów samolotem, pociągami i marszrutkami przejechaliśmy cały Kazachstan, pół Kirgistanu, czyli łącznie 1350 km, jesteśmy od 4 dni niewyspani wszystko nas boli… ale my nie damy rady?

Miotła wsadzona w skarpetę marki Adidas. Tutaj nic się nie marnuje, a pomysłowość Kirgizów jest imponująca.

Idziemy rozruszać nasze kości, bierzemy „aparaty” i heja w górę. W międzyczasie w naszej jurcie szykuje się jedzenie, grzeje się woda w samowarze na upragniony od kilku godzin czaj. Czaju daj czaju daj…

Para wydobywająca się z samowaru. Już za moment będzie gotowy czaj… 
Czajnik z esencją herbaty czeka na użycie. 

I wtedy zaczynamy rozumieć, że taka wyprawa była nam potrzebna. Nie chcieliśmy hotelu, luksusów, all inclusiwów. Chcieliśmy spokoju i poczucia, że czas nie ma dla nas znaczenia.

Zaczynamy rozmawiać z miejscowymi, każdy wypalony papieros to okazja do rozmów z naszym przewodnikiem. Siadamy w jurcie na czaj i dowiadujemy się, że bizneswoman, która prowadzi kilka jurt z koleżanką to pani doktor z wioski Kyzart. Na twarzy mnóstwo zmarszczek, nie wiem ile ma lat, ale podejrzewam, że około pięćdziesiątki. Tutaj kobiety wyglądają na starsze niż są w rzeczywistości.

Pierwszy nocleg w jurcie

W międzyczasie przyjeżdża grupa Belgów z przewodnikami z CBT. Siadamy wspólnie do nakrytego stołu, pani doktor uśmiecha się do nas i zagaduje. Ewidentnie przypadliśmy jej do gustu – jesteśmy Polakami, rozumiemy, można z nami pogadać, znamy Kirgistan i jakoś tak o wiele sympatyczniej wyglądamy niż szorstcy Belgowie. Na starcie mamy się lepiej i czujemy się bardziej dopieszczeni.

Poranne śniadanie kończymy serią zdjęć na koniach z miejscowymi. Fajne to nasze podróżowanie, tyle ludzi można poznać, każdy zadowolony, uśmiechy nie schodzą z twarzy. Noc przespaliśmy bez żadnych problemów, ale to wszystko za sprawą zmęczenia i obolałego ciała. Wstaliśmy skostniali, jednak czaj okazuje się być dobrym lekarstwem na poranne bóle, zmęczenie, zmarznięcie i żołądek wytrzęsiony od ciągłego obijania się tyłkiem o siodło.

Śniadanie w jurcie przygotowanie przez Panią doktor z Kyzartu, jej koleżankę oraz wnuczkę mieszkającą w okolicach Biszkeku. 
Stół nakryty do śniadania to uczta dla każdego łasucha. 
Tundiuk w kirgiskiej jurcie to symbol który pojawia się praktycznie wszędzie .Jest nawet na fladze Kirgistanu. 

W stronę jeziora

Zbieramy manatki, wiążemy sznurem i pakujemy na konika. Jeszcze tylko trzeba rozsupłać kopytka spętanych koni. Kirgiskie koniki są niebywale szybkie i zwinne. Potrafią uciec na wiele kilometrów od jurt, dlatego tak ważne jest spętanie kopyt sznurem. Wtedy dziwacznie podskakują, ale nie uciekają już na tak dalekie odległości. Czas ruszać dalej, galopem pędzimy do następnego miejsca…

Początkowo spokojne hasanie po łąkach szybko zmienia się w mordercze dla koni podejście na najwyższy punkt naszej wyprawy. Przełęcz jest mocno zatłoczona, dogoniliśmy naszych belgijskich kolegów i szybko wyprzedziliśmy w tym jakże trudnym dla koni podejściu. Stroma, kamienista ścieżka przyprawiła nas o szybsze bicie serca. Trudniej nam oddychać, chociaż to nie my męczymy się najbardziej. Zaczynam czuć, że jestem naprawdę wysoko. 3100 metrów, 3200 metrów, 3400 metrów, aż w końcu 3600 metrów…

Strome podejście na wysoką przełęcz położoną na wysokości ok 3600 m n. p. m. 

Ostatni odcinek jest wyjątkowo ciężki, zarówno dla nas jak i koni. Konie dyszą niemiłosiernie ze zmęczenia, nam wali serce jak oszalałe i chce wyskoczyć z klatki piersiowej, a Talant co rusz pogania koniki aby szły szybciej. Widoki są boskie, ale przepaście nie pozwalają nacieszyć oczu. Konika trzeba mocno trzymać i rozsądnie prowadzić.

Konie odpoczywają po morderczym wysiłku. Jedyny ratunek dla nas i dla nich to zimny wiatr. 
Widok na zielone doliny w drodze nad jezioro Song Kul.

 

Mój przyjaciel 🙂

Majacząca tafla jeziora Song Kul

Wdrapując się na najwyższy punkt przełęczy powoli ukazuje się tafla – gładka jak stół, z zaokrąglonym brzegiem. Nie wiedziałam, że jezioro jest tak duże. Schodzimy z koni, pstrykamy fotki i próbujemy dojść do siebie. Konie zamykają oczy, odpoczywają… Teraz najbardziej potrzebują chłodnego wiatru omiatającego ostry i skalisty wierzchołek, na którym stoimy.

Zejście w stronę jeziora jest o wiele przyjemniejsze, głęboka dolina pokryta zielonym jailoo pozwala rozpędzić się i poczuć wiatr we włosach.  Na wczesny obiad zatrzymujemy się w miejscu, które jednemu z nas zapadnie szczególnie w pamięci. Podróżując w trójkę mamy okazję o wiele lepiej poznać Kirgizów, ich kulturę i tradycje. Zostajemy zaproszeni na kumys, i chociaż ja nie mam żadnych oporów, Krzysiek waha się i nie wie czy ma spróbować. W ostateczności daje się namówić i wypija dwie czarki kumysu. To ostatni moment kiedy ma okazję go spróbować. Resztę wyjazdu traktuje jako wyzwanie i kumysu unika jak ognia.

Flaga Kirgistanu przymocowana do jurty. W środku słońca symbol tundiuka. 

Czekając na obiad poznajemy nowych turystów – niewiele mamy do wyboru bo zazwyczaj są to Niemcy lub Francuzi. Polaków nad jeziorem Song Kul nie spotkaliśmy.

Dopada nas w tym miejscu nuda. Niekoniecznie przypadło nam ono do gustu, co zauważa nasz przewodnik i nie czekając zbyt długo, jedziemy w kolejne miejsce, gdzie spędzimy nasz drugi nocleg. Talant wie gdzie dobrze zjeść, u kogo się zatrzymać na fajny nocleg, a kogo omijać szerokim łukiem. Wie także czego szukamy – spokoju. Nie potrzebne nam tłumy turystów i komercja.

Jurty nad laguną

Przejeżdżamy przez kilka pagórków, rozpędzamy się na długim i szerokim jailoo, po czym mkniemy wzdłuż jeziora. Docieramy do najpiękniejszego miejsca nad strumieniem  i wielką zarośniętą laguną, gdzie co chwila mkną przepiękne konie. To miejsce szczególnie zapada mi w pamięć. Dla Krzyśka jest koszmarem rodem z najgorszej powieści, a dla mnie nieprzespaną nocą, jednak to co zapamiętałam najbardziej to widoki.

Laguna nad jeziorem Song Kul. Chyba się rozmarzyłam…
Przepiękne krajobrazy i niesamowita przyroda Kirgistanu powoduje manię fotografowania. 
Jezioro Song Kul jest całe niebieskie. 
Pędzące doliną konie to obrazek, który zapad w pamięć każdego podróżnika. 

Kilka okolicznych górek to miejsce idealne do zrobienia zdjęć i panoram całego widoki, jaki mamy zaszczyt podziwiać. Odbiera nam mowę, stoimy i nie wiemy co zrobić, bo każdy mały fragment tego kawałka ziemi chcielibyśmy sfotografować.

Zachodzące słońce a w tle góry Song Kol, żałujemy, że właśnie teraz nie mamy drona. 
Pasmo górskie Song Kol i czterech Czechów z Pilzna. 

Wieczorną kolację jemy w bardzo dużym gronie. Przychodzą Czesi z Pilzna przygotowani na wysokogórskie wyprawy (każdy z nich około 40 lat), pięcioosobowa rodzina z Francji, pięciu Niemców, jeden Hiszpan co ma rodziców z Polski, i my, dwóch Polaków. Śmiechów i chichów nie ma końca, z Czechami dogadujemy się o wiele lepiej niż z resztą nowo poznanych. Jakoś tak… na końcu świata, gdzieś na 3000 m n.p.m. przyjemniej rozmawia się o czeskim piwie niż bawarskim wuszcie.

Nasi przewodnicy – Talant i Marlen.
Konie były absolutnie wszędzie…
Widok z obozu na jezioro Song Kul i konie właścicieli jurt. 

Widok z „łóżka” w jurcie na pasące się konie i owce.
Obozowisko jurt w dolinie z rzeką i laguną nad jeziorem Song Kul.

Czy to jakiś znak? Tęcza jako zwiastun dobrej pogody i udanego wyjazdu. 
Rozmowy i gesty… Ulotne chwile z końmi. 
Szacunek i zrozumienie…
U progu naszej jurty, która była najmniejsza w całym obozowisku. 
Maleńkie radości…
Trzech mężczyzn wyczekuje śniadania obserwując konie. Przykuc kirgiski to nietypowy sposób oczekiwania. Pomimo wielu prób nam nie udało się osiągnąć podobnego efektu. 

Wzdłuż jeziora

Rano wstajemy po ciężkiej nocy, dla niektórych z nas bardzo nieprzyjemnej nocy. Ze wzruszeniem żegnam naszych Czechów, rozdzielamy się także z Niemcami z czego ja cieszę się wyjątkowo. Jakoś do siebie nie pasowaliśmy na tym odcinku podróży. Ostatni nasz przystanek jest oddalony o 2 godziny drogi. Zahaczamy na obiad do jednej z jurt gdzie mam okazję zobaczyć jak robi się śmietanę, która wypada z dziwnego wynalazku jakim jest separator. Nigdy wcześniej ani nie widziałam, ani nie słyszałam o czymś takim. Siadam i sama próbuję wykręcić trochę śmietany, dziewczyna, która  akurat ją robiła zabawnie mi się przygląda. Ciekawa jestem co sobie o mnie myśli…

– Siewodnia żarka.

A no żarka, myślę sobie. Dawno tak ciepło nie było, od ostatnich kilku dni po raz pierwszy mam odwagę ściągnąć bluzę. Ciepło chwilowo nas osłabia, chcielibyśmy poleżeć dłużej na zielonej trawce, ale Talant już popędził po konie. Trzeba wstać i wrócić kilka kilometrów w miejsce, gdzie będziemy spać po raz ostatni.

Dzieci, jurty i babska impreza

Do ostatniego noclegu docieramy po południu. Trochę z nudów nie ma już co robić. W aparatach wyczerpała się bateria, Krzysiek zmęczony kładzie się spać, konie odpoczywają, a ja wyciągam zeszyt z notatkami. Opieram się o nagrzaną od słońca jurtę, jednak wiatr nie daje mi spokoju i wciąż przeszkadza w pisaniu. Odkładam notes do jurty i siadam patrząc w bezkres. Na wielkim dywanie bawią się dzieciaki,  układają drewniane klocki. Mały czterolatek wciąż woła mamę. APA! APA! Chwilę grymasi, marudzi, po czym znowu idzie się bawić, ale zerka w moją stronę.

Podeszłam i usiadłam. Klocki, wyjątkowo zmyślna zabawka z radzieckich czasów, to jedyna zabawa malucha. Układamy więc razem garaż. Potem dom. Potem burzymy i zaczynamy zabawę od nowa. Mały powoli zaczyna się do mnie przekonywać. Chce sobie nawet zrobić zdjęcie moim telefonem. W międzyczasie dołącza do nas kuzyn małego Ibrahima. Ma 20 lat i studiuje w Biszkeku. Marzy o tym, aby ożenić się z miłości, nie z rozsądku. Pytam, czy chce porwać swoją wybrankę – mówi, że nie.

Budujemy domki i garaże. Kilka razy zmieniamy koncepcje i w ostateczności dom z garażem to nasz ulubiony projekt. 
Ibrahim dzielnie buduje kolejny dom. To on jest głównym architektem. 
Moi nowi mali przyjaciele. Obok kuzynka Ibrahima.
Ona, dziecko i pies! Szczeniaki są w każdej jurcie.
Ibrahim na tle naszej jurty noclegowej. Są także jurty przystosowane do spożywania posiłków i zaadaptowane jako kuchnie. 

Siedzimy sobie tak razem, kiedy do mamy Ibrahima i jego babci przychodzą kobiety z pozostałych jurt, oddalonych o kilkaset metrów od naszej. Niosą wielkie miski, butle z kumysem i … wódkę.

Piłam wódkę z Kirgizkami

Pytam, czy to jakieś spotkanie? Kuzyn Ibrahima wyjaśnia, że kobiety spotykają się na urodziny jednej ze starszych kobiet. Siadają pod zadaszeniem, rozkładają jedzenie. Na stół kładą borsok, ciastka podobne do naszych pączków, obgotowane kości baranie z mięsem, wielką misę płowu, sałatkę z ogórków i pomidorów, kryształowe kieliszki i wódkę. Wyciągają także kolorowe gazety z przepisami. Tak strasznie to do nich nie pasuje! One w tradycyjnych ubraniach, z zawiązanymi chustkami i w tle kolorowe, eleganckie gazety, gdzie króluje kurczak z ananasem. Do kirgiskiego jailoo, jurt i kumysu, kolorowe gazety pasują jak pięść do oka.

Po dwóch godzinach zabaw z Imbrahime i zabawy z małymi szczeniakami zaczynam się trochę nudzić. Mama Ibrahima chyba to zauważa i macha do mnie, żebym przyszła i zasiadła z resztą kobiet.

– Pijesz? – wskazuje wódkę i wyciąga czysty kieliszek. Duża setka.

– Da. Cały? Sama?

– Da.

Wypijam cały kieliszek wódki i zagryzam kawałkiem świeżego pomidora. Jedna ze starszych kobiet wciska mi wielki barani gnat z mięsem, gestem odrywania mięsa z kości wskazuje, żebym spróbowała. Trochę ogarnia mnie przerażenie, ale delikatnie odrywam mały kawałek i wkładam do ust. Smak pominę milczeniem…

Z ceraty przesuwają w moją stronę borsok, małe kawałki ciasta podobne do naszego chrustu, paczków pieczonych w tłusty czwartek. Pijemy wódkę, śmiejemy się, opowiadamy i świętujemy urodziny 78 letniej kobiety. Był to najpiękniejszy moment w całej podróży. Moment, w którym poczułam się jak Kirgizka. Talant cały czas powtarzał, że jeżdżę konno jak Kirgizka, piję czaj jak Kirgizka, dziękuje za posiłek jak Kirgizka, a teraz piję wódkę – jak Kirgizka.

Klara! Ty kak Kirgizka!

Przy stole kobiety z okolicznych jurt, gość specjalny – nasz przewodnik, oraz ja jako główna atrakcja do obserwacji przy piciu wódki. 

Jailoo u brzegu jeziora

Lekko ubawiona trunkiem daję namówić się na popołudniowy wypad do sąsiedniej zatoczki z jurtami. W żyłach pulsowała nie tylko krew, ale i wódka. Krzysiek błogo spał, kiedy ja i Talant galopowaliśmy po naszym jailoo. Na powitanie wyjechał nam gospodarz, który prawdopodobnie był znajomym naszego przewodnika. Znów zaproszono nas do jurty, tym razem na świeżo upieczoną rybę i … kumys. Chwilę się zawahałam, nie chciałam się pochorować, chociaż wiedziałam, że do tej pory nie miałam żadnych problemów.  Zarówno ryba jak i kumys – były przepyszne. Wróciliśmy później wzdłuż jeziora do naszej jurty na kolejną, ostatnią już kolację. Mój konik nie chciał się za bardzo słuchać, co chwila przystawał, ale ja w końcu miałam okazję nacieszyć oczy jeziorem, nie musząc panikować, że zaraz spadnę.

Do kolacji kuzyn Ibrahima zagrał na tradycyjnym, kirgiskim instrumencie. Było trochę łez i wzruszeń, była też opowieść o dawnych czasach i hektolitry czaju. Nie za szybko idziemy spać, stawiamy aparat na ziemi i strzelamy kilka fotek gwiazd. Aj, szkoda, że sprzęt taki słaby… Może za rok kupimy coś lepszego.

Rano po śniadaniu żegnamy się z bólem serca. Mały Ibrahim ze smutną minką też nie chce abyśmy odjechali. Talant popędza konie, a ja po raz ostatni macham wesołej rodzince. Byliśmy tam jedną noc, a mam wrażenie, jakby minął miesiąc.

Powrót do wioski

Nie ma czasu na powolny powrót do domu Talanta, pędzimy raz w dół, raz w górę, żeby jak najszybciej dostać się do wioski Kyzart. Taksówka na nas czeka, konie muszą odpocząć, a Talant musi przygotować się na kolejny dzień podróży z turystami. Strasznie szybko bije mi serce, okrutnie boję się takiego tempa i mam wrażenie, że zaraz spadnę. Nie ufam już mojemu konikowi, który zna drogę na pamięć, ale panicznie i bez rozsądku biegnie przed siebie. Jestem zła, nie mam okazji oglądać okolicy, bo wciąż pędzimy w morderczym, zabójczym czasem tempie…

Konie w końcu się zatrzymują, w domu gospodarza czeka kolejny przepyszny, kirgiski posiłek. Spotykamy naszych lekko nieprzyjemnych Niemców. W ciszy jemy ostatni kawałek chleba, który na długo pozostanie w pamięci naszych kubków smakowych. Później już takiego nie mamy okazji próbować… Z ogromnym żalem wracamy do Kochkoru do Happy Hostel, gdzie Azkat daje nam darmowy nocleg. Nie mamy nawet siły ze sobą rozmawiać, czy to zmęczenie? A może w końcu uświadomiliśmy sobie, co w życiu jest najważniejsze?

Powrót do Kochkoru – smutny i senny. Cieszymy się tylko na wieść o możliwości wzięcia gorącej kąpieli…