Milos, Grecja: Rejs statkiem warty zapamiętania!

Do wyprawy po Cykladach każdy z nas przygotowywał się długo. Najpierw mama – nasza główna planistka rodzinna, potem reszta rodziny i w końcu nasi znajomi, bo pojechaliśmy tam dużą ekipą przyjaciół. Wylądowaliśmy w Adamas, ale jak to wszystko się rozpoczęło i czy warto tam pojechać przeczytacie poniżej. Ten wpis ma zachęcić wszystkich miłośników rejsów to odkrywania piękna tej wyspy od strony morza. Milos ma sporo do zaoferowania swoim turystom, a jedną z tych rzeczy jest właśnie cudowny rejs Thallasitrą. 


Wyspa miłości

Odkąd znalazłam się na Milos po raz pierwszy nie mogłam pojąć jak to jest możliwe, że nie dotarli tutaj Polacy? Może przede wszystkim dlatego, że na wyspę nie można pojechać na wycieczkę zorganizowaną. Odważnych turystów czeka pewnego rodzaju rozczarowanie, albo i zachwyt – zależy czego tak naprawdę poszukujecie.

Ta wyspa jest dla leniwych. Tak, dla osób leniwych i zakochanych, mało oczekujących od życia. Jest sucha, momentami przesuszona, czasem znikąd wyrastają bujne i kolorowe kwiaty. Ot, tak po prostu. Jest też bardzo spokojna, urokliwa, ma przepiękne krajobrazy i bardzo zróżnicowaną geologię. Czy jest dla rodzin z dziećmi? Każda  grecka wyspa jest dla rodzin z dziećmi. Widziałam pary podróżujące z czwórką, nawet piątką dzieci. Wszyscy mieli plecaki, powpychane w nie płetwy i maski z rurkami. Oczywiście podróżowali pomiędzy wyspami promami, czasem mijaliśmy się na trasie… Czyż to nie jest piękne? Marzą mi się takie wakacje…

Milos określa się jako wyspę miłości. Ma najpiękniejsze plaże, butikowe hotele, przepyszne owoce morza, fascynującą i spektakularną historię. Jest bez wątpienia warta odwiedzenia.

Chociaż wiele razy spotkałam się z określeniem, że nie dorównuje Krecie, Santorini to muszę Was w pewien sposób „naprostować”! Kochani moi czytelnicy… Milos jest leniwa, grecka w 100%, nieperfekcyjna, momentami chaotyczna i trudna do zrozumienia (np. to maleńkie lotnisko otwierane na pół godziny przed wylotem w Polsce byłoby traktowane z kpiną). Tam nikt, niczym się nie przejmuje, czas płynie w wolniejszym tempie i to MY do tej rzeczywistości musimy się dostosować.

Każda Cykladzka lub inna wyspa z innego archipelagu ma swój niepowtarzalny charakter. Nie mogą być wszystkie takie same! Hola hola, gdyby wszystko było takie same, to po co podróżować? 🙂

Płyńmy na Milos!

Po długiej podróży (na Milos płynęliśmy z Sifnos, skąd z kolei przypłynęliśmy z Santorini), bo aż dwudniowej dotarliśmy do portu w Adamas. Adamas wydaje się rozległym miasteczkiem lecz muszę Was rozczarować – jest maleńkie i mocno skupione, położone na zboczu, w dodatku tętniące życiem tylko w sezonie. Poza sezonem knajpki i restauracje są pozamykane, a plaża wieje pustkami.

Latem – szaleństwo, w Adamas kwitną kwiaty, w donicach pełno bazylii, restauracje otwarte do późnych godzin wieczornych, w porcie mają przepyszne lody u Aggeliki Ice Cream! Pierwszy wieczorny spacer kończę z lodami z ciemnej czekolady i upapraną od nich białą koszulką. Warto było!

Jak dostać się na Milos?

Na Milos można dopłynąć promem z portu w Pireusie (kliknij tutaj po więcej informacji), ale także dolecieć mały samolotem linii Olympic Air z Aten, które są naprawdę niewielkie, a do samolotu wchodzi się wprost z pasa startowego (tak mieliśmy w drodze powrotnej z Milos do Aten). Na szczęście bilety zarówno na samolot jak i prom nie są wysokie. Za kilkadziesiąt euro można polecieć lub popłynąć w dwie strony. Sporo tych opcji wypróbowaliśmy (odwiedziliśmy już Naxos, Amorgos, Santorini, Sifnos, Milos, Karphatos i Kretę) i linie Olympic Air z ręką na sercu możemy polecić. W 2019 roku znów wybieramy się na greckie wyspy, z czego na pewno zdamy relację i opowiemy czy nadal warto latać tymi maleńkimi samolotami.

Jeśli chodzi o promy na Milos, to większość z nich odpływa wcześnie rano. Do wyboru mamy kilka opcji i firm. Na Milos pływają Sea Jety, Golden Star Ferries, Aegean Speed Lines. W drodze powrotnej można załapać się na Minoan Lines. Poniżej wklejam przykładowe ceny na rok 2019.

Baza noclegowa

Na Milos można znaleźć wiele hoteli butikowych o bardzo wysokim i zaskakującym standardzie.

My tym razem mieszkamy daleko od morza (o zgrozo aż kilometr), a do miejskiej plaży mamy spory kawałek, ale na Milos przyjechaliśmy w innym celu – przepiękne małe miasteczka, maleńkie plaże i białe mury miast to nasz główny cel.


W pierwszym dniu, zaraz po przybyciu pędzimy do biura podróży, w którym sprzedaje się tiket na rejs statkiem Thallasitra. Drogo, od razu ostrzegam bo taka przyjemność to koszt od 50 do 60 euro. Z bólem wyciągamy pieniążki z portfela, umawiamy się na konkretny dzień i maszerujemy na taxi przy placu głównym, żeby zostawić bagaże w domu.

Rejs statkiem Thallasitra

Następnego dnia pędzimy do biura (jest przy głównym deptaku) i wyczekujemy busa, który ma nas zawieźć na plażę Paliochori. Ku naszemu zdziwieniu, a w sumie ku mojemu bo rodzinka szanowna rejs statkiem zaliczyła już rok wcześniej, okazuje się, że statek jest jakieś …. 300 metrów od plaży za to na środku zatoki. Uśmiechnięty, trochę bezzębny pirat siedzi na dmuchanym pontonie i czeka… na NAS! Wyglądem od Jacka Sparrowa różnił się tylko długością włosów.
-Kalimera!
-Kalimera no, kalimera…


Ogarnia mnie przerażenie, bo czuję, jakby ktoś właśnie mnie uprowadził …. W myślach mam tylko jedno pytanie „Matka, gdzieś Ty znowu wypatrzyła ten statek…”. Znając mamę przekopała cały internet, przeczytała wszystkie blogi, namierzyła ich satelitą i et voila! Płyniemy!


Dlaczego właśnie rejs statkiem Thallasitra i dlaczego aż taki drogi? Czy warto?
A więc warto!
Rejs zaczął się od czegoś na rozgrzanie – nie jestem miłośnikiem greckich trunków, ale to akurat było bardzo smaczne. Po przepłynięciu niewielkiej odległości zatrzymujemy się niedaleko plaży Firiplaka. Pirat każe nam wskoczyć do wody. O 9 rano. Kiedy woda jest zimna, ale woda jest tak cudownie turkusowa, że nie dajemy się długo namawiać. Załoga w tym czasie chowa się pod pokład i przygotowuje śniadanie. Wychodząc z wody wszyscy marzą o posiłku, który mieni się kolorami na rozłożystym blacie stołu. Uczestnicy rejsu gromadzą się na pokładzie wokół kilku misek ze słodkimi i słonymi przekąskami.


Podróż trwa dalej, a my jak zaczarowani siedzimy i podziwiamy widoki. „Cóż więcej mi teraz trzeba?” – myślę sobie. Nic, to właśnie nazywa się szczęście. Załoga szybko wybudza nas głośnym krzykiem – znowu przerwa na kąpiel. Wszyscy wskakują do wody, która w tej zatoce jest niesamowicie ciepła, aż przyjemnie się kąpać. Zakładamy maski i płyniemy w kierunku plaży. Przerwa nie trwa długo, załoga woła nas kilkoma ruchami ręki więc posłusznie wracamy. Przed nami jeszcze długa droga do Kleftiko…


Kleftiko

Dopływając do Kleftiko nie sądziłam, że to co tam zobaczę tak bardzo mnie zaskoczy. Usta rozdziawiłam na całą szerokość kiedy dopłynęliśmy w okolice skalnego łuku. WOW. Miejsce dostępne tylko od strony morza. Najpiękniejszy kawałek skalnego wybrzeża, z przepięknymi formacjami geologicznymi oraz jaskiniami. Legenda głosi, że w jaskiniach ukrywali się piraci by napadać na statki przepływające w pobliżu wybrzeża. Trzy sekundy wystarczyły, żebyśmy wskoczyli do wody. Nasza załoga znowu weszła pod pokład, tym razem przygotowywali obiad. My z maskami, płetwami i kamerami GoPro wyruszyliśmy na poszukiwania skarbu piratów! Jaskinie i wnęki skalne oczarowały nas swoim pięknem i kolorami.

Zmęczeni podpływamy do statku, a tam niespodzianka! Mała podróż pontonem po zakamarkach wybrzeża. Ochoczo wsiadamy i pędzimy z naszym piratem na zwiedzanie. Pirat okazuje się bardzo rozmowny, opowiada legendy i historie związane z jaskiniami i ukrytymi w nich skarbami. Nic tak nie poprawia nam humoru, jak żarty o porwaniach, piratach, złodziejaszkach i złotych monetach na dnie jaskiń. Wracamy na statek już trochę głodni, ale załoga kończy przygotowywać obiad. Na blat stawiane są półmiski, talerze, owoce, ciasta i wino. Z uśmiechem znów gromadzimy się na wspólny posiłek.


Pirat Jack nie może powstrzymać się od komentarzy:
– Widzicie tamtych turystów na łódce obok? Oni płacą 40 euro za rejs. Wiecie co mają na obiad? Obrzydliwe włoskie spaghetti bolognese. A Wy macie prawdziwą grecką kuchnię!


Powrót męczy wszystkich więc postanawiamy na chwilę położyć się w cieniu. Krótka drzemka wystarczy, bo nasi „piraci” zapraszają na podwieczorek i kąpiel w kolejnej zatoce. Słońce powoli zachodzi…


Autentyczna grecka kuchnia

Zmęczeni wracamy do domu na lampkę wina i słodkiego arbuza. Wieczorem znów spacer, tym razem zwiedzamy małe uliczki, wchodzimy do małych sklepików i przyglądamy się turystom w przybrzeżnych restauracjach. W Adamas czas płynie wolno, atrakcji nie ma zbyt wiele, każda chwila spędzona tutaj jest miło przez nas wspominana. Wracając do domu wpadamy na kolację do Zygusia – restauracja O Zygos. W menu nie ma dań rybnych, ani owoców morza, jest za to przepyszne mięso i autentyczna grecka kuchnia. Nie ma typowego menu. Właścicielka po prostu informuje co jest w danym dniu świeże.

Sprawdź co jeszcze możesz zobaczyć na Milos! Klik!